W sobotę runda GP na łódzkiej Motoarenie. Początek zawodów o 19.00. I od razu trzeba dodać, że to będzie bardzo ważny turniej dla Bartosza Zmarzlika. Nasz mistrz ma 5 punktów przewagi nad Bradym Kurtzem. Gdyby udało mu się delikatnie powiększyć przewagę, to jego sytuacja stałaby się bardziej komfortowa. Uniknąłby też takiego stresu, jak przed rokiem, gdzie do końca musiał się pilnować.
Zmarzlik w Łodzi wystąpi w złotym plastronie lidera. Polak ma 98 punktów w klasyfikacji. Drugi Brady Kurtz ma 93. Trzeci Robert Lambert ma 81, więc jest nieco z tyłu. A zatem na Motoarenie wszystkie oczy będą zwrócone na Zmarzlika i Kurtza, którzy przed rokiem stoczyli pasjonujący bój o złoto, a teraz ewidentnie chcą nam zafundować powtórkę.
Kurtz ma ten luksus, że w Łodzi kiedyś startował, był zawodnikiem Orła. Zmarzlik jeździ tam sporadycznie. Jego plus jest jednak taki, że szybko potrafi rozczytać nawierzchnię i dopasować się do istniejących warunków. To w jakimś stopniu równoważy przewagę Kurtza w znajomości toru. Inna sprawa, że dawno tam nie jeździł.
Idealny scenariusz dla Zmarzlika na Łódź jest taki, że kończy, choć o jedno miejsce wyżej niż Kurtz i dokłada, chociaż 2 punkty do tej przewagi, którą już ma. 7 punktów na plusie na trzy turnieje przed końcem, to już byłoby coś. Zmarzlik mógłby wówczas stosować identyczną taktykę, jak przed rokiem, czyli bronić pozycji lidera przyjeżdżając tuż za plecami Kurtza. Inna sprawa, że Zmarzlik jest pazerny na zwycięstwa. Przede wszystkim chce wygrywać. Nie zawsze się jednak udaje, bo czasem rywal jest szybszy. Dlatego te 2 punkty więcej w Łodzi, a co za tym idzie 7 więcej w klasyfikacji, byłyby jakimś tam buforem bezpieczeństwa.
Dobre jest to, że w grze o medale są inni (Lambert, Michael Jepsen Jensen), a też co rusz ktoś wyskakuje. Ostatnio był to Anders Thomsen. Zmarzlik musi więc dbać przede wszystkim o to, żeby być w finale, a tam to już wszystko może się zdarzyć.
W Łodzi pojadą też inni nasi zawodnicy: Kacper Woryna, Dominik Kubera i Piotr Pawlicki (dzika karta). Woryna już na luzie, bo wywalczył awans do GP 2027 w Challenge’u. Z kolei dla Pawlickiego te zawody będą szansą na pokazanie się trenerowi kadry. Pawlickiemu nie wyszedł mecz towarzyski z Australią, ale teraz będzie miał szansę się odkuć. Oby ta sztuka mu się udała, bo zyskamy więcej optymizmu przed finałem DPŚ na PGE Narodowym.


