Dwadzieścia sezonów ligowych, w tym kilkanaście ze średnią oscylującą wokół dwóch punktów na bieg, dwa drużynowe wicemistrzostwa Polski i kilkanaście medali to najkrótsza wizytówka Dariusza Stenki – wychowanka Wybrzeża i ulubieńca lubelskich kibiców, którzy dali wyraz swoich sympatii m.in. w plebiscycie „Kuriera Lubelskiego”.
Do tego dodać należy pięć finałów Złotego Kasku, trzy Srebrnego Kasku, siedem finałów MPPK i tylko jeden finał IMP.
Dariusz Stenka: Byłyby dwa, ale w 1989 nie wystartowałem w finale , bo kilka dni wcześniej złamałem rękę. Moje miejsce otrzymał rezerwowy Wojciech Załuski i… został mistrzem Polski.
Leszno 1989?
Właśnie! Wygrałem turniej ćwierćfinałowy, w półfinale byłem trzeci i z optymizmem czekałem na najważniejsze zawody. Niestety, drobna kolizja zakończyła się złamaniem ręki i o finale mogłem zapomnieć. Na pocieszenie została mi wdzięczność Wojtka Załuskiego.
Z twoich występów najbardziej utkwił mi w pamięci ten na Skałce w 1985 roku. Było to dwa tygodnie przed pożegnalnym turniejem Pawła Waloszka. Po kolizji na pierwszym łuku wystrzeliłeś wysoko w powietrze i lądowałeś poza bandą. Był to chyba najwyższy lot jaki widziałem na żużlu. Źle to wyglądało.
I bolało. Mocno się wtedy potłukłem, nie pierwszy raz i nie ostatni, ale szczęśliwie zakończyłem karierę w jednym kawałku i bez istotnych dolegliwości. Lata lecą, a ja cieszę się zdrowiem i niezłą formą.
Kto cię nakłonił do speedway’a?
DS Nie potrzebowałem zewnętrznych bodźców. Przyszło samo, może dlatego, że na Stogach po sąsiedzku mieszkałem z Leszkiem Marszem, a później także z Andrzejem Marynowskim. Licencję zdobyłem bez większych problemów jako siedemnastolatek.
Wybrzeże 1981: Plech, Marynowski, Berliński, Skrobisz, Dzikowski, Żyto, Fede… Gdzie tu miejsce dla siedemnastolatka?
Jak każdy młokos musiałem się przebijać. W pierwszym sezonie ligowym pojechałem tylko kilka biegów. Pewniakiem poczułem się od 1983, kiedy to z rówieśnikami zdobyliśmy mistrzostwo w konkurencji młodzieżowej, a ja dorzuciłem brązowy medal MIMP i swoje „trzy grosze” do srebra w konkurencji par młodzieżowych. Ten finał par na torze w Tarnowie zasługuje na wpis do księgi osobliwości. Wygrali rybniczanie i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że 17 z 21 punktów zdobył Piotr Steuer, który ani wcześniej, ani później nie odnosił sukcesów i jeszcze w wieku juniora zakończył karierę.
Swoje „trzy grosze” dołożyłeś do ligowego srebra w 1985 roku…
Wygrał Falubaz. Do tytułu brakło nam jednego punktu. Znakomity sezon mieli Plech, Dzikowski i Berliński. Ja byłem numerem cztery. Znaczny udział w sukcesie należy przypisać Romanowi Wieczorkowi, byłemu zawodnikowi, sympatykowi Wybrzeża, który wspierał nas sprzętowo.
Dlaczego odszedłeś do Lublina?
W sezonie 1989 zredukowano ligę z dziesięciu do ośmiu zespołów. Wybrzeże znalazło się w trójce spadkowiczów. Czułem się na siłach, chciałem jeździć w najsilniejszej lidze. Dostałem ofertę z Lublina i chętnie z niej skorzystałem, m.in. dlatego, że na lubelskim torze zawsze czułem się bardzo dobrze. Na wiosnę wybuchła bomba, gdy ogłoszono, że w barwach Motoru wystąpi Hans Nielsen. Wcześnie pojawiali się w naszej lidze obcokrajowcy, ale byli to przeważnie średniacy z tzw. „demoludów”. Transfer trzykrotnego mistrza świata był w tamtym czasie absolutną sensacją.
Jak wyglądały relacje z gwiazdorem?
To był kosmita. Przyjeżdżał tuż przed zawodami, obchodzono się z nim jak z bogiem, który zstąpił na ziemię. Po meczu wyjeżdżał i tyle go widzieli. Ta jego „boskość” stopniowo ustępowała i w czwartym sezonie był już prawie kolegą z zespołu.
Obecność Nielsena przyniosła Lublinowi pierwszą zdobycz w postaci srebrnego medalu DMP…
To był sezon 1991. Hans był poza zasięgiem, ja ze swoją średnią 2,13 byłem drugi w zespole. Nielsen był gwiazdą, ale na ten medal zapracowali także m.in. Marek Kępa, Darek Śledź, Jerzy Głogowski, Jurek Mordel, Robert Jucha, Leigh Adams, Antonin Kasper i jeszcze paru innych chłopaków.
W Lublinie stałeś się jednym z ulubieńców, co znalazło wyraz w plebiscycie na sportowca ogłoszonym w 1993 roku przez Kurier Lubelski. Pamiętasz wyniki?
Wygrała koszykarka Dorota Późniak, Hans był drugi, a ja czwarty.
Jak się poczułeś w roli miliardera?
Te miliardy były jakieś poronione, bo bochenek chleba kosztował w tym czasie kilka milionów. Był to czas nadchodzącej normalności, narodzin rynku, pierwszych oficjalnych kontraktów i list transferowych. Zostałem wyceniony na półtora miliarda starych złotych. Jak się czułem? Niedoceniony, bo Jarek Olszewski został wystawiony na listę za pięć miliardów. Oczywiście żartuję, ale ta kwota pokazuje jak się zmieniły realia sportu żużlowego. Półtora miliarda tamtych złotówek to dzisiaj 150 tysięcy, czyli mniej niż biorą za udany mecz klubowi liderzy.
Po pięciu sezonach nad Bystrzycą wróciłeś do rodzinnego Gdańska. Dlaczego?
Powiedzmy, że zatęskniłem.
Motor pozbawiony twojego wsparcia spadł do drugiej ligi…
Nie przesadzajmy… Prawda była taka, że wielkie dni przeminęły. Skończyły się pieniądze, Hans Nielsen przeniósł się do Piły, gdzie właśnie eksplodowały ambicje lokalnych prominentów, a mój powrót nie uratował Wybrzeża, które podzieliło los Motoru.
Przez dwa lata brylowałeś w drugoligowym Wybrzeżu, po czym przeniosłeś się do ekstraklasy w Gorzowie. Potrzebowałeś ciągle nowych wyzwań?
Szukałem wyższej poprzeczki, ale moja motywacja wyraźnie słabła i po sezonie w Gorzowie zdecydowałem się jeszcze na rok w Lublinie i Opolu, by po dwudziestu latach rozstać się z motocyklami.
Nie pomyślałeś żeby zostać szkoleniowcem, działaczem, jakimś komisarzem albo sędzią?
Jakoś mnie to nie pociągało. W pierwszych latach często jeszcze bywałem na stadionie, ale były to wyłącznie wypady towarzyskie. Po odejściu Zenka Plecha stałem się rzadkim gościem
Czym się zajmujesz?
Siadam za kółko i wożę pasażerów, ale traktuję to zajęcie jako rodzaj rozrywki, bo głównym źródłem utrzymania rodziny jest duże prywatne przedszkole – własność mojej żony. Pracują w nim także córki i syn, który z zawodu jest kucharzem. Dodam, że niezłym.
W połowie sierpnia po raz pierwszy byłeś gościem na spotkaniu weteranów organizowanym przez ZG PZM. Przyjedziesz za rok?
To świetna okazja do odświeżenia kontaktów i powspominania niegdysiejszych przewag, więc na pewno przyjadę.


